Wojtek Bieroński

Lubię spożywać kulturę. Kolekcjonuję słuchawki. Jestem fanem storytellingu.

W przeciwieństwie do bloga Outland, na którym opowiadam o światach wirtualnych nie tylko graczom, "Manę czy herbatę?" stworzyłem, by pisać o grach z punktu widzenia nerda. Nie przedstawiam i nie recenzuję żadnej gry. Blog adresuję do tych, którzy już ją znają. Celem rozkmina na tematy małe i duże. Nieważne i przełomowe.

Piszę dosyć rzadko. Nie śpieszę się z recką na dzień premiery. Wolę napisać "when it's ready". Leniwie jak przy porannej herbacie. Blogiem w takim "przedpołudniowym" klimacie jest właśnie "Mana czy herbata?".

Wildstar. Kolejne MMO pokonane przez model abonamentowy.

Wildstar. Kolejne MMO pokonane przez model abonamentowy.

Stało się nieuniknione. Wildstar oficjalnie zapowiedział zejście do modelu free-to-play. Oczywiście z fanfarami. Jednakże jest w tym oczywiście aura porażki, tak jak w wypadku każdego innego MMORPG, któremu zamarzył się kawałek tortu WoW-a, i które rzeczywistość zmusiła do obejścia się smakiem.

Produkcja NC Softu ujrzała światło dzienne w czerwcu ubiegłego roku. Wildstar jako gra abonamentowa konał zatem prawie rok. Budzi to skojarzenia z losem gry The Old Republic, w wypadku której nie minęło nawet 12 miesięcy, kiedy to BioWare zdecydowało się zejść na model darmowy z mikropłatnościami. Elder Scrolls Online podążyło podobnym szlakiem w równie szybkim czasie.

Wbrew pozorom, losy tych gier są jednakże dosyć różne, a ich case study jako produkcji, które nie poradziły sobie z systemem abonamentowym, ma niewiele wspólnych punktów.

O ile bowiem The Old Republic po prostu nie dostarczyło gry na naprawdę wysokim poziomie, a Elder Scrolls Online otarło się w tej kwestii o kompromitację (biorąc pod uwagę 7-letni development), o tyle Wildstara tworzył doświadczony w gatunku MMORPG team, składający się między innymi z developerów vanili WoW-a.

W komentarzach internetowych często można spotkać się z tezą, że paradoksalnie właśnie to udupiło Wildstara. Nie da się wszak ukryć, że twórcy z dumą anonsowali grę jako MMO dla hardkorów; tytuł z 40-osobowymi rajdami, attunementami do instacji i wszystkim tym, co wyróżniało flagowy produkt Blizzarda w czasach dawnych (dla wielu tożsamych z czasami największej świetności).

To przełożenie nie do końca się udało. Dowodem, lawina hejtu w sieci na zbyt hardkorowy dizajn. Łatwo zatem wszystko zwalić na pomylenie sobie dat i zarzucić twórcom niedopatrzenie, że mamy 2015, a nie 2005. Wielu krytyków Wildstara podaje właśnie taką argumentację: że grę NC Softu zabiło hardkorowe podejście i tyle.

W mojej ocenie Wildstar nie zassał z innego powodu. Przez to, że nie ma na takie gry miejsca na rynku. Zauważcie, że MMORPG w formie znanej z WoW-a to gatunek wymagający mnóstwo czasu jak na współczesne gry (do tego gatunek umierający, o czym więcej niedługo). To nie tak, jak z singlowym RPG, że możecie spędzić parę nocy w Wiedźminie, po czym pograć trochę w Pillarsy, a w weekend wrócić jeszcze do nieukończonej Inkwizycji. MMORPG jako czasochłonne gry, które dodatkowo budują silne więzi, wymagają nieco większej „monogamii”.

W kontekście tego, Wildstar nie mógł być wyłącznie alternatywą dla WoW-a. On musiał być od niego lepszy. A nie był. A nawet gdyby był, to walczył również z latami „zasiedzenia” graczy WoW-a w WoW-ie i powstałymi tam przyjaźniami. Przez to wszystko ciężko tymże graczom zmienić swoje ulubione MMO.

Dlatego właśnie Wildstar nie miał jak zdobyć konkretnych liczb, które przełożyłyby się na opłacalność modelu abonamentowego. Podziela zatem los takich gier jak The Old Republic i Elder Scrolls Online, mimo że jest od tych dwóch grą lepszą.

Share this Story