Wojtek Bieroński

Lubię spożywać kulturę. Kolekcjonuję słuchawki. Jestem fanem storytellingu.

W przeciwieństwie do bloga Outland, na którym opowiadam o światach wirtualnych nie tylko graczom, "Manę czy herbatę?" stworzyłem, by pisać o grach z punktu widzenia nerda. Nie przedstawiam i nie recenzuję żadnej gry. Blog adresuję do tych, którzy już ją znają. Celem rozkmina na tematy małe i duże. Nieważne i przełomowe.

Piszę dosyć rzadko. Nie śpieszę się z recką na dzień premiery. Wolę napisać "when it's ready". Leniwie jak przy porannej herbacie. Blogiem w takim "przedpołudniowym" klimacie jest właśnie "Mana czy herbata?".

10 najgorszych zon w World of Warcraft

10 najgorszych zon w World of Warcraft

Prawie setka. Tyle ich jest już teraz i niechybnie ta liczba zostanie przekroczona w kolejnym dodatku. Mowa o zonach z World of Warcraft, które w pocie czoła Blizzard tworzy na potrzeby swojej gry. Przy takiej ich liczbie, nie wszystkie mogły się udać. 

W czerwcu proponowałem przegląd najlepszych krain w historii World of Warcraft. Teraz czas na drugą stronę medalu.

Jest w WoW-ie kilka krain owianych wyjątkowo złą sławą. Negatywna ocena innych wynika z kolei z osobistych preferencji. Podobnie jak w wypadku topki z najlepszymi krainami, na mojej dzisiejszej liście znajdziecie zarówno te zony, które musiały się tu znaleźć, jak i nie zabraknie paru niespodzianek. Zaczynamy!

zony_vash10. Vashj’ir

Co?! Już? :)

Jakim cudem owa sławetna morska kraina, od której wszyscy uciekają gdzie pieprz rośnie, levelując swoje alty pośród zgliszcz przeoranego kataklizmem Azeroth, tak szybko pojawia się w rankingu najgorszych zon WoW-a?

Faktycznie, Vashj’ir zebrało potężne żniwo hejtu. Stało się symbolem nieudanego romansu WoW-a ze środowiskiem podwodnym.

Dodajmy, zasłużenie. Największy ból omawianej zony wynikał z nieprzystosowania gry do eksploracji i walki w wodzie, a właściwie “w powietrzu”. Komiksowa stylistyka WoW-a i ów wizualnie lekko „płaski” świat, w którym przez lata nie było prawie w ogóle cieni, to realia, w których nierzadko z trudem przychodzi zorientować się, gdzie dokładnie znajduje się przeciwnik, jeśli walka nie toczy się na ziemi.

Fiks w tym, że to właściwie tyle. Vashj’ir to eksperyment, który wyraźnie nie wypalił, ale i kraina nie aż tak kiepska, jak podła jest jej fama. Doceńmy fajny klimat, przyzwoite questy i dosyć ciekawą historię. Do tego gra tu piękna muzyka.

Dlatego skoro Vashj’ir zasługuje z urzędu na miejsce na tej liście, nie męczmy jej za bardzo, umieszczając ją na niezbyt kompromitującej pozycji nr 10. :)

zony_bt9. Borean Tundra

 

Na pozycji wyżej od Vashj’ir, inna zona otwierająca dodatek, ale tym razem ten, co zwie się Wrath of the Lich King.

Kraina na pierwszy rzut oka robi bardzo pozytywne wrażenie. Jest zróżnicowana i piękna wizualnie. Miejsce to mieni się wieloma barwami bezkresnych stepów, wulkanicznych skał i mroźnych połaci lodu.

A jednak, pomimo swego bogactwa, złośliwie przezywa się ją Boring Tundrą.

Niestety, nie bez powodu.

Questy ciągną się tu jak gumka od majtek, fabularnie też jest dosyć nudno i, mówiąc ogólnie, gdy ukazywał się WotLK, trawa była pod każdym względem bardziej zielona po drugiej stronie Northrendu, czyli w Howling Fjordzie, gdzie gracze obu frakcji mogli sobie z powodzeniem polevelować, omijając Borean Tundrę.

Krajobrazowo miejsce należy do najbardziej zapadających w pamięć w całym dodatku. Może dlatego była wielokrotnie pokazywana na przedpremierowych screenach przez Blizzard. Niestety, nie przełożyło się to po premierze na fun z samej gry. Jednym słowem, zmarnowany potencjał.

zony_desol8. Desolace

 

Jeśli ktoś z Was nie kojarzy WoW-a sprzed dodatku Cataclysm, to widząc tę zonę w zestawieniu, być może się zdziwi.
Jeśli ktoś grał wcześniej, to się… nie zdziwi :).

O matko, długo by można gadać, nie? :) Oryginalne Desolace stanowiło kwintesencję chyba wszystkich możliwych przywar starego WoW-a. Irytującego quest flow. Niewystarczającej ilości questów. Popierdzielonej lokalizacji hubów. Olbrzymiej ilości bezproduktywnego chodzenia w te i we w te.

And I mean it. W wypadku Desolace wszystkie wspomniane wady wyolbrzymiono do ekstremum. Gracze poruszali się po krainie, nie mając jeszcze mounta (te bowiem można było nabywać dopiero od 40-go poziomu). Byli więc zmuszeni przemierzać potężny dystans pomiędzy quest giverami, a miejscem wykonania zadania. Wyglądało to mniej więcej tak:

1. Biegniesz po zonie wzdłuż i wszerz, by zabić moby.
2. Biegniesz po zonie wzdłuż i wszerz, by oddać questa.
3. Quest giver daje ci zadanie w to samo miejsce, tylko teraz masz zabić elitki.
4. Biegniesz.
5. K……..A!!!!! Coś cię zabiło.
6. Rany boskie, jak daleko jest cmentarz…
7. Rany boskie, jak daleko jest repair….
8. Biegniesz.
9. W końcu po półtorej godziny zabijasz elitki i wracasz do quest givera.
10. ……
11. Idziesz levelować gdzie indziej, bo quest giver dał ci trzeci quest w to samo miejsce. Tym razem na szefa bandy, którego akcydentalnie zabiłeś już podczas poprzednich dwóch wizyt.

Dawne Desolace było zoną nie tylko wyjątkowo niesprzyjającą do gry, ale też nieprawdopodobnie pustą. Nadawało jej to niepowtarzalnego charakteru, lecz zachwyt na ową aurą nie mógł się jednak równać skali irytacji przy okazji każdych odwiedzin w tym miejscu.

zony_th7. Twilight Highlands

 

W przeciwieństwie do Desolace, finałowa zona Cataclysmu nie należy do owianych ponurą sławą w sposób tak niemalże legendarny. Przeciwnie, jeśli zapomnisz o jakiejś krainie, że kiedykolwiek w WoW-ie była, to z dużym prawdopodobieństwem będą to właśnie Twilight Highlands.

I właśnie w tym rzecz.

Problem Twilight Highlands nie polega na tym, że to kraina jednoznacznie zła.

Problem Twilight Highlands polega na tym, że to finałowa zona dodatku. I, jak na miejsce, w którym swoje zakończenie znajduje catalysmowy levelling, trudno o scenerię bardziej nijaką. Napotkasz tu generyczny krajobraz. Fundniesz sobie przegląd po zwaśnionych krasnoludzkich klanach zamiast dokonania czegoś naprawdę cool. Nie uświadczysz tu niczego, co ma pazur i charakter.

And that pretty much sums it up.

zony_swamp6. Swamp of Sorrows

 

Zoną do zapomnienia można by także nazwać Swamp of Sorrows. Miejsce, które jest tak nudne i brzydkie, że chyba wszyscy omijaliby je z daleka, gdyby nie to, że to tutaj znajdowała się znakomita instancja, do której przed erą Dungeon Findera trzeba było jakoś wejść. Horda miała stąd również dogodny dostęp do okolic Mrocznego Portalu, czego wszystkim przedstawicielom Czerwonych należy współczuć. Przymierze mogło aktywnie omijać ów obszar, którego główny grafik miał chyba zły sen po biegunce, gdy projektował.

W przepastnym świecie WoW-a znajdziemy sporo miejsc, które można określić jako lekko odpychające wizualnie, jednak mające swój urok. Wspomnę choćby o Tirisfal, czy Eastern Plaguelands. Do tej grupy nie zaliczyłbym jednak Swamp of Sorrows. Gdyby zorganizować plebiscyt na najbrzydszą zonę WoW-a ever, wygrałaby bezapelacyjnie.

zony_dread5. Dread Wastes

 

Dread Wastes to kolejna zona finałowa, która załapała się do niniejszej „niechlubnej” topki. Docieramy tutaj w finale kampanii na ziemiach mistycznej Pandarii i, boyyyy, nie jest to spotkanie miłe.

Dziwi to o tyle, że levelling w Mists of Pandaria zaczyna z bardzo wysokiego C. Jade Forest, Valley of the Four Winds, Krasarang Wilds, Kun Lai Summit – to wszystko wspaniałe miejsca, a potem, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, POP!

Dwie ostatnie zony to dramat.

Dread Wastes wyglądają na obszar niedokończony. Grając miałem wrażenie, że twórców Blizzarda goniły terminy i braki detalu nadrabiano tu oczojebnymi particlami Sha, a ciekawych przeciwników zastąpiono kolejnymi spawnami niszczycielskiej energii. I insektami.

O właśnie, insekty. Oczywiście, jak w każdej grze RPG, muszą one należeć do najbardziej denerwującego rodzaju przeciwnika. Posiadają wkurzające skille i atakują graczy w ilościach hurtowych, co by potwierdzić starą prawdę, że tam gdzie są „bugs”, musi być i „swarm”. W wypadku Dread Wastes twórcy wzięli to sobie tak bardzo do serca, że powstała kraina po prostu nieprzyjemna do grania. I to zarówno podczas levellingu, jak i do robienia potem daily na maksymalnym poziomie.

Dziś można ją z powodzeniem ominąć dzięki lepszemu XP w Pandarii oraz możliwości zakupu postaci na 90-tym poziomie. Dzięki Bogu.

zony_tol4. Tol Barad

 

Na czwartej pozycji mała niespodzianka. Jak widać, w zestawieniu pojawia się zona PvP, bliższa battlegroundom niż zwykłym krainom, które gracz odwiedza w toku levelowania i endgame’u.

Tol Barad zasługuje jednak na to, by znaleźć się na liście. Co więcej, niestety zasługuje na to, by być na niej wysoko.

Być może jest w tej ocenie trochę nostalgii, która gloryfikuje dziesiątki godzin fantastycznej zabawy we Wrath of the Lich King na śnieżnych przedpolach starożytnej fortecy, ale gdy po znakomitym Wintergrasp człowiek przypłynął do tego szarego Tol Barad, które i wygląda nijako, i gameplay’owo jest znacznie bardziej bezpłciowe niż swój northrendowy odpowiednik, miejsce to stało się – przynajmniej dla mnie – jednym z symboli obniżenia jakości gry po świetnych dwóch dodatkach.

I można by się spierać, czy jeszcze bardziej niż Tol Barad nie „zasłużyło” Ashran, które pod względem balansu i mechanik jest zepsute w sposób bezprecedensowy dla zon PvP w całej historii gry. W rankingu umieszczam jednak Tol Barad. Z jednego powodu. Wtedy był to upadek ze znacznie wyższego konia.

zony_drak23. Zul’Drak

 

O ile Wintergrasp stanowiło niezwykle mocny punkt Wrath of the Lich King, nie wszystko było w tym dodatku różowe. Wspomniana już wcześniej Borean Tundra potrafiła zanudzić questującego gracza na śmierć, a mimo to nie nazwałbym jej najgorszą krainą Northrendu.

Ten wątpliwej chwały laur wędruje do królestwa trolli w Zul’Drak.

Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z kolejnym przypadkiem krainy brzydkiej, ale fajnej – wspominałem już, że Blizzard umie takowe robić. Ponura kolorystyka i odpychające widoki, jak na miejsce, w którym panoszy się Plaga, specjalnie nie zachęcają.

Obok tego uświadczymy tu jednak ciekawe quest chainy, a atmosfera trudnego do zdobycia miasta-twierdzy, które zdobywamy piętrami, przekłada się na zaskakująco dużą –  jak na levelling – satysfakcję z ukończenia tego rozdziału. Gdy w końcu przebijasz się postacią na samą górę, czuć radość.

Jest jednak coś w tej zonie, co odpycha zarówno mnie, jak i wielu moich znajomych. Co zabawne, dla każdego to coś innego. Jedni nie mogą znieść samego widoku tego miejsca. Dla innych przeszkodą jest wyjątkowo duże zagęszczenie mobów. Jeszcze inni narzekają na szereg irytujących questów.

Summa summarum, wielu graczy wyjątkowo nie lubi tej krainy. To miejsce o złej aurze, która wykracza poza scenerię gry.

zony_steppes2. Townlong Steppes

 

Być może przy tak zaszczytnym miejscu tej wyliczanki spodziewaliście się mocniejszego akcentu.
Jakiejś zony owianej złą sławą.
Miejsca, na myśl o którym gracze łapią się za głowę.
Krainy, która na miano drugiej najgorszej w WoW-ie wyraźnie sobie zasłużyła.

Tymczasem to “tylko” Townlong Steppes.

Dlaczego więc ona? Bo jest cholernie słaba. Tak po prostu.

Przy okazji Dread Wastes miałem okazję wspomnieć, że w Mists of Pandaria leveluje się super, ale tylko przez pierwsze cztery zony. Potem, jak za dotknięciem różdżki, przenosimy się do gry o kilka klas gorszej.

Może więc wizyta w Townlong Steppes boli dlatego, że wbijamy tu po znakomitym Kun Lai Summit? Może ciśnienie skacze, bo mamy w perspektywie to, że jak już się uporamy z tym miejscem, trafimy z deszczu pod rynnę do Dread Wastes? A może to te pieprzone insekty? Nie wiem.

Wiem tylko, że Townlong Steppes to brzydki krajobraz, nieciekawe questy, równie nieciekawe dailies, nuda, nuda i jeszcze raz nuda, z przerwą na momenty denerwujące.

zony_giln1. Gilneas

 

I tak dotarliśmy do miejsca nr 1. „Zwycięzca” być może zaskakujący, bo czymże na to zaszczytne miano zasłużyła sobie kraina tak marginalna, jak Gilneas, oferująca płynną, trzygodzinną kampanię rodem z singlowych RPG-ów i nic więcej?

Otóż właśnie tym.

Z jednej strony to zona o znaczeniu żadnym. Ze strony drugiej, to do granic możliwości oskryptowane single player experience, które prowadzi gracza za rączkę, odziera grę z interakcji z innymi i zastępuje walory eksploracyjne MMO konwencją rodem z – bo ja wiem – liniowych gier akcji?

Jednym słowem, Gilneas to kwintesencja tego, czym WoW być nie powinien. Miejsce, które nie daje najmniejszego powodu, by się do kogoś odezwać; które nie pozostawia graczom wyboru, co w danej chwili zrobić; kraina, do której nie ma po co wracać.

Nie ma po co wracać, bo… nie ma tu MMO. Do tego sztucznie rozdęta fabuła straszy poziomem, a zona w ostateczności wydaje się tylko pokazaniem możliwości phasingu w otwartym świecie, co wzbudzi zachwyt u technical developera, ale jako główny ficzer wywoła uśmiech politowania u reszty.

Także jeśli chcecie zobaczyć MMORPG w stanie rozkładu na własne oczy, wpadnijcie do Gilneas. Macie tu pełen zestaw wszystkich grzechów gatunku w jednym miejscu.


I tak dobrnęliśmy wspólnie do końca zestawienia. Piszcie w komentarzach, jakie są Wasze topy najgorszych zon w WoW-ie.

Napiszcie także, czy chcielibyście na blogu zobaczyć więcej tego typu rankingów, nie tylko dotyczących WoW-a, lecz również innych gier (zwłaszcza RPG-ów).

I na koniec jeszcze raz polecam listę krain najlepszych.

Share this Story