Wojtek Bieroński

Lubię spożywać kulturę. Kolekcjonuję słuchawki. Jestem fanem storytellingu.

W przeciwieństwie do bloga Outland, na którym opowiadam o światach wirtualnych nie tylko graczom, "Manę czy herbatę?" stworzyłem, by pisać o grach z punktu widzenia nerda. Nie przedstawiam i nie recenzuję żadnej gry. Blog adresuję do tych, którzy już ją znają. Celem rozkmina na tematy małe i duże. Nieważne i przełomowe.

Piszę dosyć rzadko. Nie śpieszę się z recką na dzień premiery. Wolę napisać "when it's ready". Leniwie jak przy porannej herbacie. Blogiem w takim "przedpołudniowym" klimacie jest właśnie "Mana czy herbata?".

Najbardziej niedoceniane gry ostatnich lat. Ranking ponownie subiektywny.

Najbardziej niedoceniane gry ostatnich lat. Ranking ponownie subiektywny.

Tak, jak ostatnio, bez względnego klucza i bez specjalnych reguł (jak również bez Mass Effecta, skoro tykanie tego tematu grozi utratą przyjaźni ;), przygotowałem ranking gier, które w mojej ocenie zasłużyły na lepszy odbiór niż miało to miejsce w rzeczywistości.

Dzisiejsza lista to przypadki najróżniejsze. Uznane w prasie i zjechane przez graczy lub vice versa. Wtopy finansowe i hity, którym mimo sukcesu obrywało się ostro. Generalny wniosek? Zadanie tym razem było trochę trudniejsze, bo gry niedoceniane to wór bardzo pojemny i nie do końca określony. Bez problemu, przyjmując nieco inne kryteria, mogłaby powstać zupełnie inna lista. No ale wyszło, jak wyszło. Zapraszam do lektury!

9

awk

Alan Wake

Dobre oceny. Kiepska sprzedaż. Przynajmniej na początku, póki gra była dostępna wyłącznie na Xboksa. Mówiło się wtedy, że Alan Wake pretenduje do miana jednej z głośniejszych wtop finansowych ostatnich lat. I pewnie do tego by doszło, gdyby gracze PC nie uratowali sprawy – dwa lata po tym, jak gra ekskluzywnie wyszła na konsolę Microsoftu, zaliczając falstart, sprzedaż gry nabrała tempa i ostatecznie Alan Wake skończył jako gra, której kupione egzemplarze liczono w kilku milionach, a nie kilkuset tysiącach.

Wciąż jednak można się zastanawiać, dlaczego na konsoli zanotowała tak biedny początek. Czy wynikało to z równoległej premiery Red Dead Redemption? Czy winna była dosyć ambitna aura “psychologicznego thrillera”, którego bohaterem nie był atrakcyjny dla licealistów superbohater? A może wina po stronie autokorekty w Windows, która szukających informacji graczy przekierowywała na strony porno z Anal Wake?

Jakakolwiek byłaby prawda, historia tej produkcji skończyła się większym happy’endem niż się zanosiło. I dobrze, bo mimo dosyć repetytywnej walki to całkiem niezła gra.

8

amlr

Kingdoms of Amalur: Reckoning

Co tu dużo mówić, gra ta miała od początku do końca przerąbane. Planowana jako MMO, skończyła jako erpeg singlowy. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że zmiana ta nastąpiła relatywnie późno w produkcji, sprawiając, że deweloperzy składali grę z materiałów, które pasowały do gry o innym charakterze.

Do tego dodajmy efektowną plajtę twórców Kingdoms of Amalur i mamy grę, która…

…no właśnie, która mimo ciągnących się za nią wtop i wpadek, wcale nie jest taka znowu zła. Owszem, wiele tu mechanik żywcem wziętych z MMO. Ale też nie przesadzajmy z wnioskiem, że z definicji nie pasują one do tytułów dla jednego gracza. Zwłaszcza, że przysłowiowe “Zabij 10 wilków” pojawia się równie często w produkcjach bardzo wysoko ocenianych. Tak, znowu piję do Skyrim.

Oczywiście jest mi szkoda, że KoA: R nie skończyło jako gra sieciowa. Z tej dosyć dziwnej zupy, którą ugotowano, zaserwowano jednak nienajgorszy obiad. Na pewno lepszy, niż wynikało to z wielu recenzji.

7

prtcl

Alpha Protocol

Szpiegowską grę Obsidianu niedługo po premierze kupiłem w markecie za absolutnie śmieszne pieniądze. Było to dobre podsumowanie tego, jak potoczyły się losy tej produkcji.

Historia nie należała do wesołych – gra zebrała cięgi, po pierwsze, za bugi, a po drugie, za całą warstwę okołoshooterową. I co tu dużo mówić, Alpha Protocol faktycznie prezentował się dosyć biednie w porównaniu z wiodącymi strzelankami.

Rzecz w tym, że na tym się nie kończył, czego wielu krytyków, z jakiegoś powodu, nie zauważyło bądź nie chciało zauważyć.

W grze przygotowano również znakomitą na tle większości AAA fabułę, pieprzu dodając ciekawymi rozwiązaniami jeśli chodzi o interakcję między bohaterami. A gdyby jeszcze przestać grę traktować jako drugoligową strzelankę, tylko podejść do niej jak do action stealth game, to summa summarum grało się naprawdę klawo.

Alpha Protocol przeszedł do historii jako nieudany romans Obsidianiu z gatunkiem, na którym średnio się zna. Tymczasem chyba wcale nie wyszło mu to tak źle, jak sugeruje fama.

6

enslvd

Enslaved: Odyssey to the West

Dobre oceny. Słaba sprzedaż. Czyli przypadek podobny do Alan Wake. Tyle że bez happy endu. Bo rozczarowujących wyników finansowych nie udało się odkręcić. Skończyło się zatem klapą i skasowaniem sequela.

A szkoda, bo ta brytyjska gra, stylizowana na futurystyczną interpretację dzieła szesnastowiecznego chińskiego pisarza, aspirowała do czegoś więcej i, co ważne, miała na to papiery. Dobra fabuła, dobry system walki, dobra strona audiowizualna, dobry miks elementów akcji z nutką strategii przez wydawanie poleceń towarzyszom… w ogóle wszystko w tej grze było dobre.

Dlaczego zatem tak słabo? Cóż, branża gier to w końcu trudny rynek. Niczym aztecki bóg, wymaga niewinnych ofiar.

Żal jednak, że było nią akurat Enslaved.

5

bnd

Beyond: Dwie Dusze

Śmieszna sprawa z tą grą twórców Heavy Raina.

Można powiedzieć, że generalnie recenzje zebrała ona bardzo dobre. Co więcej, na Metacritiku ocena graczy jest nawet wyższa od średniej z prasy growej. Tymczasem ciągnie się za nią jakiś ukryty w cieniu negatywny bandwagon, bo co spotkam kogoś, kto wypowiada się o tej grze, zaczyna się litania, która powinna sprawić, że Beyond znajdzie się w rankingu, ale tym wczorajszym.

Tak, jakby dobre przyjęcie Beyond było globalnym bullshitem, maskującym prawdę o niskiej jakości gry niczym Tusk z Putinem rozpylający sztuczną mgłę nad lotniskiem w Smoleńsku.

Będę bronił Beyond. Bo choć nie magnetyzuje ona atmosferą jak Heavy Rain, a jej story ociera się momentami o bajeczkę, jest to przyjemna gra, która ze swej roli interaktywnego serialu wywiązuje się bardzo dobrze.

4

lanr

LA Noire

Monumentalna produkcja Team Bondi to przypadek bardzo podobny do Beyond. Znowu niby wszystko w porządku. Recenzje lepsze nawet od poprzedniczki. Metacritic na zielono. I wiele nagród, mimo stopniowo wypływających horrorów na temat kulis powstawania dzieła.

A mimo to bezwzględnie gra love it or hate it. Albo pochałaniająca gracza bez reszty wspaniale zarysowaną atmosferą powojennej Ameryki, albo odpychająca go potężną ilością quasi-przygodówkowych mechanik, które w połączeniu z elementami akcji tworzą mieszankę… no właśnie jaką? Dziwną na pewno. Ale czy jednocześnie wspaniałą?

Moim zdaniem odpowiedź brzmi: tak! Przy LA Noire bawiłem się wprost rewelacyjnie. Formuła jedno-dwugodzinnych odcinków, które przechodziłem sobie przed snem po pracy, idealnie zastąpiła wieczorne oglądanie jakiegoś niezłego serialu. Ten zalew pozytywnych wrażeń udzielił mi się być może dlatego, że nigdy nie oczekiwałem od LA Noire czegoś a’la retro GTA. I Wam radzę to samo. Dostrzeżcie w tej grze to, czym ona jest. Celebrację storytellingu w gęstym atmosferycznym sosie noir. Jak z najlepszego Chandlera.

3

drgn2

Dragon Age II

O Dragon Age II wypowiadałem się już wielokrotnie. Na tym blogu, na Outlandzie, na Facebooku, Twitterze i w ogóle chyba wszędzie. Powód jest prosty. To wyjątkowo niesprawiedliwie oceniony erpeg.

Jakże łatwy to cel. Przyjrzyjmy się. Totalna klaustrofobia świata przedstawionego. Obcięty budżet, który brutalnie rozpirzył cały plan twórców na stworzenie epickiej kontynuacji Origins, zamykając ich w ciasnocie pomysłów niczym bohaterów gry w okolicach Kirkwall. Do tego mamy tu wymowne zerwanie z buńczucznymi obietnicami duchowego następcy Baldura, czego warunek sine qua non stanowiła izometria.

I jeszcze jeden grzech. Najcięższy. Fabuła. Historia, która nie patyczkuje się z graczem i nie głaszcze go po głowie, nazywając zbawcą i czołzen łan po drugim dialogu, tylko stawia go w roli postaci tragicznej. Poza Wieśkiem, to chyba jedyny rolplej od niepamiętnych czasów, który odważył się to zrobić.

Efekt? Popremierowy krzyk rozczarowanych graczy niesie się echem do dziś.

Pozwolę sobie zatem dodać weń nieco kakofonii i powtórzę jeszcze raz: Dragon Age II to najlepsza fabuła nowożytnego BioWare’a. Świetnie podzielona na pozornie niezwiązane ze sobą historie, które w piękny sposób spinają się w finale. To mocna opowieść o sytuacji, w której wszystkie strony chcą dobrze i mają swoje racje, a mimo to rozpętuje się piekło. To gra, którą łatwo wypunktować za wady, ale której za narrację należy się szacunek zamiast ideologicznego momentami hejtu, skazującego grę na męki piekielne za to, że poszła w zupełnie innym kierunku niż Origins.

2

lgltr

Gry Lego

Jeśli graliście w gry sygnowane charakterystycznym znaczkiem duńskiego producenta klocków, zapewne zgodzicie się, że wiele z nich to świetne rzeczy. Zmyślne, zabawne, a do tego doskonałe na imprezę lub wspólne granie z drugą połówką. Ot, znakomity przykład lekkich gier, które spełniają swoją rolę.

Tym bardziej zdumiewa mnie, jak wiele osób omija gry Lego szerokim łukiem, bo po prostu nie przychodzi im do głowy, że mogą być dobre.

Sam odbyłem już kilka takich rozmów, w których dawano mi do zrozumienia, że Lego to nie, bo… nie. „Jak to, Lego? Mogę kupić, ale jako prezent komunijny dla chrześniaka. Przecież to nie dla normalnych graczy.”

Błąd. To jak najbardziej dla „normalnych graczy”, whatever it means. Także tym wszystkim, którzy nie dali szansy omawianym grom z uwagi na ich domniemaną dziecięcą aurę, polecam wybrać jakiś bardziej udany tytuł Lego i po prostu w niego zagrać.

1

alc

Alice: Madness Returns

Tak, jak w wypadku najbardziej przecenianych gier ostatnich lat, tak i dziś pisanie tekstu rozpocząłem od rekonesansu, jak wyglądają podobne topy na innych stronach. Bywa, że pojawia się w nich Alice: Madness Returns. Nie okupuje jednak czołowych miejsc. O wiele częściej pojawiają się na nich gry takie jak The Saboteur, Psychonauts (w które nie grałem), lub Mirror’s Edge (które mi nie podeszło).

Zdecydowałem się na najwyższym stopniu pudła umieścić Alicję, bo pamiętam, jak szalenie denerwowało mnie czytanie recenzji, w których krytycy zarzucali tej grze mało innowacyjne mechaniki. Tak jakby owa innowacyjność mechanik stanowiła o sile platformówek, a zrobienie czegoś po staremu, ale świetnie, podlegało krytyce z urzędu.

Alicja to, mówiąc wprost, chyba najlepsza platformówa, w jaką grałem w ostatnich latach. Może i momentami generyczna jeśli chodzi o mechaniki, ale fenomenalnie kreatywna jeśli chodzi o całą resztę. Magnetyzująca klimatem, oszałamiająca kolorytem i pełna naprawdę fajnego gameplay’u.

Co więcej, to nie gra na jeden wieczór, lecz produkcja o te 50% dłuższa od większości współczesnych gier akcji. Wciąga zatem na dłużej niż dziesięć godzin i przynajmniej ja bawiłem się przy niej wybornie. W wypadku jakiejś promocji jest obecnie dostępna za grosze, więc jeśli kto nie grał – bardzo polecam.

Share this Story
  • http://srogo.me/ Michał Nierebiński

    Grałem tylko w kilka z wymienionych przez Ciebie gier. Lego nigdy nie wciągało mnie na dłużej, aczkolwiek Marvel Super Heroes czy Indiana Jones zjadły mi sporo czasu. W L.A. Noire zakochałem się śmiertelnie i żałuję, że skończyła się tak szybko. Fantastyczna przygodówka – dziś powinni robić wyłącznie takie. No, może wypuszczając co jakiś czas kolejny sezon The Wolf Among Us. Zgadzam się, że Dragon Age II jest niedoceniany, aczkolwiem nie zachwycił mnie. Może gdybym doszedł do końca, oceniłbym go łagodniej.