Wojtek Bieroński

Lubię spożywać kulturę. Kolekcjonuję słuchawki. Jestem fanem storytellingu.

W przeciwieństwie do bloga Outland, na którym opowiadam o światach wirtualnych nie tylko graczom, "Manę czy herbatę?" stworzyłem, by pisać o grach z punktu widzenia nerda. Nie przedstawiam i nie recenzuję żadnej gry. Blog adresuję do tych, którzy już ją znają. Celem rozkmina na tematy małe i duże. Nieważne i przełomowe.

Piszę dosyć rzadko. Nie śpieszę się z recką na dzień premiery. Wolę napisać "when it's ready". Leniwie jak przy porannej herbacie. Blogiem w takim "przedpołudniowym" klimacie jest właśnie "Mana czy herbata?".

Icewind Dale. Wspaniała gra, która oberwała za to, że nie była Baldurem.

Icewind Dale. Wspaniała gra, która oberwała za to, że nie była Baldurem.

Mam kolegę, który fanem RPG-ów, opartych na silniku Infinity, jest mniej więcej takim, jakim Marcin z Lektury Obowiązkowej jest fanem Evy Green. Baldura przeszedł 17 razy i liczba ta nie została zawyżona dla podbicia efektu dramatycznego. To człowiek wychowany na rolplejach przełomu stuleci, z nostalgią wspominający te chwile jako jedne z lepszych w swoim żywocie gracza.

Jednocześnie to człowiek, który ani razu nie przeszedł Icewind Dale’a.

I wielu jest takich jak on.

Wielu jest graczy, którzy Baldura uważają za jedną z gier życia, a którzy odbili się od gry w Dolinie Lodowego Wichru, albo nie dając jej w ogóle szansy, albo rzucając ją bardzo szybko, zwykle w okolicach niesławnej lokacji Smocze Oko, będącej, w oczach krytyków gry, podsumowaniem tego, na czym polegała jej wina. Na byciu czymś innym niż Baldurem.

IMG_3356

Owo Smocze Oko, długi, kulkupoziomowy loch, w którym akcja ograniczała się do nieskończonego pomniejszania populacji jaszczuroczłeków w północnym Faerunie, przez lata urosła do miana symbolu Icewinda jako przeciwieństwa Baldura. Przeciwieństwa rozumianego jako obelga. Jako gry płytkiej w opozycji do gry głębokiej. Jako gry polegającej na tanim hack’n’slahu w opozycji do rozsmakowanej w fabularnych niuansach sagi o pomiocie Bhaala. Jako gry klasy B w porównaniu z tytułem legendarnym, jakim, słusznie oczywiście, stał się Baldur’s Gate i jego kontynuacja.

To prawda, że Icewind Dale pod niektórymi względami nie wytrzymał porównania ze słynniejszym i większym bratem. Jednakowoż w tej krytyce gry, która to poszła po najłatwiejszej linii robienia zarzutu z tego, czym Icewind nigdy nie miał być,  równie łatwo zapomniano, a może przeoczono, jak wiele elementów w grze dziejącej się w Dolinie Lodowego Wichru zachwycało i zachwyca po dziś dzień.

I nie tylko mam na myśli objawienie się w niej pełni talentu Jeremy Soule’a, który ilustracją dźwiękową północnego Faerunu z miejsca wkroczył do panteonu najbardziej rozchwytywanych kompozytorów muzyki do gier. Nie piję wyłącznie do faktu, że w Icewinda, mimo że to “tylko” hack’n’slash, grało się po prostu fajnie. Odnoszę się głównie do tego, że przynajmniej pod jednym względem Icewind Dale był grą wybitną.

Y’know, swój zimowy rozdział ma obecnie prawie każdy szanujący się rolplej. I w większości wypadków, zima, jak to zima, wygląda bardzo podobnie. Trochę biało, trochę szaro, koniecznie z naleciałościami nordyckimi. Gdyby w Sevres obok wzorca metra tworzyli wzorzec gry w scenerii zimowej (jak to dumnie brzmi…), można by powołać się na prawie każda współczesną grę cRPG, obojętnie czy singlową czy MMO.

Na tym tle Icewind Dale swoim podejściem do tematu i wysiłkiem włożonym w zbudowanie atmosfery, najzwyczajniej zawstydza większość współczesnych tytułów. I bynajmniej owo zawstydzanie nie polega na tym, że w rzeczonym Icewindzie wymyślono Bóg wie co. Wręcz przeciwnie, wiele z tych kamyczków, które składają się na spektakularny efekt bajecznego klimatu zadupia gdzieś hen na północy, to schematy klasyczne i wałkowane do znudzenia przez twórców gier.

Przecież mamy tu lokację druidów, która jest wielkim drzewem, zapewniającym życiodajną energię okolic. Następnie trafiamy do wulkanu, który jest siedzibą salamander. Potem mamy ”lokację elfów”. Następnie “lokację krasnoludów”. I tak dalej, i tak dalej. Można by rzec, klasycznie do bólu. Nikt tu nawet nie próbuje zrobić jakiegoś specjalnego twista.

Zamiast tego, ten ktoś, czyli nieodżałowane Black Isle Studios, stawia na sprawdzone rozwiązania, ale robi to tak, że artystyczny wymiar Icewind Dale’a robi wrażenie nawet piętnaście lat po premierze. Ta gra bucha klimatem niczym wulkaniczne wyziewy ze Smoczego Oka. Rzyga nim niczym grubas ze skeczu Monty Pythona.

IMG_3336

Fenomenalne concept arty. Chyba najbardziej widowiskowe, barwne lokacje z wszystkich gier na Infinity Engine. Portrety postaci będące same w sobie dziełami sztuki. Do tego stylowy interfejs, jakby stworzony z dębowej deski, pociętej przez zziębniętego od wiatru drwala gdzieś w środku lasu. I ta wspomniana już, nieprawdopodobna wręcz muzyka Jeremy Soule’a, w której niepokojące, jakby smagane wichrem nuty, kontrastują z ciepłem i intymnością harfy i fletu, tworząc perfekcyjne tło dla regionu, który był równie odcięty od świata, co niebezpieczny właśnie przez tą izolację.

Icewind to opowieść o stu kilometrach samotności. O konieczności stawiania oporu tam, gdzie nie zagląda prawie nikt.

icwnd2Ktoś powie: nostalgia. Tyle że nostalgia, po pierwszym zachwycie, nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością i funduje graczowi bolesny kontakt z ziemią. Tymczasem gdy po prawie piętnastu latach odpaliłem Icewinda w wydanej niedawno przez Beamdog Enhanced Edition, początkowy zachwyt zamiast maleć, z każdą kolejną godziną zaczął… rosnąć. Aż przeistoczył się we wniosek niebezpiecznie bliski skrótowi myślowemu, że “dziś już takich gier się nie robi”.

Bo robi się?

Oczywiście, Icewind Dale już w dniu swej premiery nie był grą perfekcyjną i nie jest nią tym bardziej dziś. Jeden minus, który po latach, rzuca się w oczy szczególnie mocno to poziom dialogów, których infantylizm każe spojrzeć na teksty w blockbusterach AAA jak na wysmakowane dzieło sztuki. Pod tym względem w Icewindzie jest bardzo źle. Serio, gorzej niż myślicie.

Z drugiej strony, to gra osnuta w nieco innej epoce, kiedy rasowy rolplej kojarzył się z opowiedzianą gawędziarskim i nieco wydumanym językiem bajką na dobranoc. Jako relikt tej epoki, swą rolę wypełnia bardzo dobrze.

Kto wie, może w tym tkwi klucz jej niesłabnącej klasy? Bo pomimo aury hack’n’slasha Icewind Dale to barwna gawęda. Opowiadana przez Henryka Talara od 15 lat. Wciąż porywająco.

Share this Story
  • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

    Wiesz, co mi się bardzo podobało? Tak najbardziej, najbardziej? Pomijając klimat, oczywiście. Styl graficzny. Arty, lokacje, niby BG, ale inaczej. Uwielbiam :)

    • http://www.bieronski.pl/ Wojtek Bieroński

      Zgadza się. Art direction + muzyka zrobiło ten klimat.

      • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

        O właśnie, muzyka. Jeszcze to. Miód.

      • http://srogo.me/ Michał Nierebiński

        I nic więcej dobrego nie da się o tej grze powiedzieć :P (Tak, Smocze oko dało mi w kość). A i tak najlepszą grą było Planescape: Torment.