Wojtek Bieroński

Lubię spożywać kulturę. Kolekcjonuję słuchawki. Jestem fanem storytellingu.

W przeciwieństwie do bloga Outland, na którym opowiadam o światach wirtualnych nie tylko graczom, "Manę czy herbatę?" stworzyłem, by pisać o grach z punktu widzenia nerda. Nie przedstawiam i nie recenzuję żadnej gry. Blog adresuję do tych, którzy już ją znają. Celem rozkmina na tematy małe i duże. Nieważne i przełomowe.

Piszę dosyć rzadko. Nie śpieszę się z recką na dzień premiery. Wolę napisać "when it's ready". Leniwie jak przy porannej herbacie. Blogiem w takim "przedpołudniowym" klimacie jest właśnie "Mana czy herbata?".

3 największe plusy, 3 największe minusy: Homeland Sezon 4

3 największe plusy, 3 największe minusy: Homeland Sezon 4

Czwarty sezon jednego z moich ulubionych seriali, czyli Homeland, nie zawiódł. Przynajmniej mnie. A że było momentami lepiej, a czasem gorzej, samo życie. Nawet w tak dalekim kraju jak Pakistan. 

 

+ Utrzymanie kursu “CIA thriller”

Homeland zaczął jako serial społeczny, przedstawiające amerykańskie lęki w następstwie wojny z terroryzmem. Zadanie swoje wykonał – z tematem wstrzelił się idealnie. Przyszedł jednak taki moment, gdy widz mógł odczuć, że na tym, czy Brody to swój czy nie swój, można jechać do czasu. Ciekawe zawczasu wątki żony bohatera wojennego zaczynały się dłużyć, a córcia Brodego ze współudziałem w wypadku i utratą dziewictwa przeobrażała się z postaci ciekawej w zapychacz o aparycji pączka. Dosyć więc  niespodziewanie podobno oryginalnie planowany jako serial o CIA Homeland zrobił w trzecim sezonie wyraźny skok w kierunku szpiegowskim i kurs ten w czwartym sezonie utrzymał. Moim zdaniem z korzyścią dla siebie.

+ Pakistan

W thrillerach zwykle na pewne rzeczy należy przymykać oko. Homeland mógłby się zatem obronić, gdyby – najogólniej mówiąc – zlał realia. Mimo to pod tym względem serial potrafi imponować – niejednoznaczny podział na dobrych i złych i złożoność przedstawionych wydarzeń stanowiły od zawsze jego siłę i ta sytuacja nie zmieniła się w najnowszym sezonie. Pakistańskie władze jak i pakistańscy terroryści to kolejni oponenci, których w tym serialu udało się sportretować jako postaci o wyrazistych motywacjach i własnych racjach.

+ Odpuszczenie sobie wskrzeszenia Brody’ego

Być może będę to jeszcze odszczekiwał, jako że nie takie już rezurekcje się widziało. Ale mimo wszystko fakt, że nikt się nie zdecydował na powrót Brody’ego w czwartym sezonie, przyjąłem z wielką ulgą. Tak, oczywiście był ten jeden moment, w którym ulga ta została poddana krótkiej, ciężkiej próbie. Póki co w Homeland nie ma jednak zombie i bardzo dobrze.

- Kończy się pomysł na Carrie

W zasadzie to nie wiadomo, co twórcy chcieli nam przekazać na samym początku sezonu 4. Carrie znana była z zachowań dziwnych i “pod prąd”, ale w okresie tym nabrała cech postaci w złym sensie niezdefiniowanej. Wojna zmienia ludzi, ale come on – Carrie, która z zimną krwią bawi się młodym chłopakiem i zaprowadza go do łóżka (co samo w sobie nadaje się na osobny wpis – już to widzę, jak islamski chłopak w kulturze, która cudzołóstwo każe minimum chłostą, a nawet śmiercią, wykorzystuje pierwszą realną okazję do seksu z damulką z zachodu), która toczy z siostrą zupełnie pozbawione empatii boje o własne dziecko – just nope. Nie przekonuje także związek z Quinnem. Właściwie to drugie do dupy nakreślone love affair z Carrie w jednym sezonie. W przeciwieństwie do figielków z pakistańskim studentem, buziaka pomiędzy Carrie i Quinnem można było się spodziewać. Mimo to, gdy on nastąpił,  kompletnie nie było czuć między nimi chemii. Wyglądało to bardziej, jak scena oparta o zasadę, że dwójka głównych bohaterów serialu musi się w jakiś sposób zejść. No to się zeszli. Odhaczone.

- Zakończenie

Nie będę oryginalny. Naprawdę trzeba się postarać, by zafundować widzom taki anti-climax, jaki miał miejsce w czwartym sezonie Homeland. Gdy leciały jego napisy końcowe, zastanawiałem się, jaki może być powód tak kiepskiego ostatniego odcinka, ponieważ najbardziej prozaicznego (czyli że tak miało być) nie potrafiłem przyjąć do wiadomości. Snułem zatem konspiracyje, że skończyła się kasa, deadline gonił lub nastąpiła jakaś inna katastrofa. Tak czy inaczej, w znanym z twistowych zakończeń serialu twórcy zaserwowali twista, którego nie spodziewał się nikt: odstąpienie od reguły.

- Odstrzelanie fajnych postaci. Stawianie na niefajne

Tak, śmierć Fary (ech, bejbe…. <3) to jedno. Ale prawdopodobne usunięcie w cień Lockharta kosztem powrotu Saula to drugie. Gorsze. Nie do zaakceptowania.

Lockhart jest świetną postacią. Człowiek z cienia, teoretycznie grany stuprocentowo poważne, ale niepozbawiony nuty sitcomowego znerwicowanego szefa. Facet o dobrych intencjach, nieco mniejszych umiejętnościach, egoistycznie próbujący połączyć jedno z drugim. Dla mnie bomba. Tymczasem Saul?

Saul zaczął ten serial jako postać fantastycznie nakreślona. Niestety z każdym sezonem coraz bardziej wkurza, stając się bohaterem, na którego scenarzyści nie mają pomysłu, poza tym, że ma być brodatym mędrcem, pełnym stoickiego spokoju, i co jakiś czas przywalić kazanie, które można by podpisać „Paulo Coelho”. To prawda, że na jego obrazie pojawia się skaza, która może stanowić clue fabuły kolejnego sezonu. Mimo wszystko mam wielką prośbę do scenarzystów. Jeśli macie kogoś niedługo odstrzelić, zabijcie Saula. Ale pewnie pozbędziecie się Carrie – taki jest mój typ.

Share this Story